Ludzkość jest jedynie kolekcją lub serią widm, pisze Jacques Derrida w Widmach Marksa. Stworzona przez niego teoria widmontologii (hauntology), połączenie „widma” i „ontologii”, to próba opisania rzeczywistości jako czegoś, co istnieje nie tylko „tu i teraz”, ale również w towarzystwie swoich duchów: niespełnionych obietnic, zapomnianych potencjałów, utopii i zagrożeń. Według autora teorii, widm nie wolno odpędzać. Należy się przy nich zatrzymać, krytykować je, pozwalać im powracać. Ta logika nawiedzenia przenika dziś wiele obszarów. Można ją odczytać zarówno przez pryzmat kapitalizmu, jak i przez doświadczenie ciała i pragnienia.
Punktem wyjścia dla wystawy jest film „Egzorcyzmy Emily Rose” – historia dziewczyny opętanej przez sześć demonów, z których każdy reprezentuje inny porządek duchowy, inną epokę. W jednej ze scen, tuż przed rytmicznym odliczaniem: „jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć”, Emily wykrzykuje słowo names (pl. imiona) – w liczbie mnogiej. Ten drobny niuans językowy, moment, w którym liczba pojedyncza ustępuje miejsca wielości, stał się dla artystów kluczem otwierającym całą narrację wystawy Imiona –opowieści o ciele zamieszkiwanym przez wiele głosów, pragnień i tożsamości.
Podobny motyw pojawia się w filmie Kawalerowicza „Matka Joanna od Aniołów”, gdzie demon mówi przez ciało kobiety: „Odejdę z niej, ale co zrobisz z moimi braćmi?”. W tych obrazach ciało staje się przestrzenią wielorakiego opętania, nośnikiem wielu głosów, sprzecznych porządków. W narracji wystawy traktujemy opętanie jako narzędzie krytyki tożsamości. Pokazuje ono, że to, co nazywa się „spójnym ja”, jest w istocie zlepkiem fragmentów: kultury, religii, pornografii, ideologii. Jest ono zapożyczone z zewnątrz i dlatego podlega siłom ekonomicznym, historycznym, ideologicznym. Znalezienie własnego “ja”, wypracowanie go samodzielnie, to dziś chyba jedno z najtrudniejszych zadań. Ciało, które się w tym procesie deformuje, wypala, staje się w pewnym momencie bezsilne – alienuje się. To ciało pozbawione sprawczości łatwo może zostać przejęte przez coś zewnętrznego.
W języku angielskim possession oznacza jednocześnie „opętanie” i „posiadanie”. To znaczące sprzężenie pokazuje, jak tożsamość jest spleciona z logiką własności. Jak należy do tego, co nas posiada – do mechanizmów, które zarządzają jednostką, jak i społeczeństwem. Z tej perspektywy opętanie można rozumieć jako metaforę kapitalizmu – systemu, który pochłania nasze pragnienia, przetwarza je w produkty i oddaje nam je z powrotem w formie iluzji wolności. Ciało, które pragnie, zostaje skolonizowane. Pragnienie, które miało być wolne, zostaje wpisane w obieg pracy i konsumpcji.
Przywoływane teorie artyści przenoszą w obszar materialno-cielesny, który kumuluje się w architekturze wystawy. Labirynt jest tutaj metaforą współczesnej rzeczywistości – żywego, przepoczwarzającego się układu pełnego duchów, bytów, ideologii, które wzajemnie się pochłaniają. To porządek, w którym można się zagubić, zatracić, wypalić. Staje się przestrzenią nawiedzoną przez głosy czy obrazy. Przemienia się w ciało, które błądzi, ale nie przestaje szukać. To nie jest droga do celu, lecz proces egzorcyzmowania. Rozbierania rzeczywistości cegła po cegle, aż do momentu, gdy przez szczeliny zacznie przebijać światło.
